środa, 8 sierpnia 2012

Natural Bridge



                W poprzednią sobotę odkryliśmy kolejne piękne miejsce. Zapierający dech w piersiach Natural Bridge. Mieliśmy szczęście do pogody, promienie słońca mieniły się cudnie w wodzie i powodowały grę świateł i cieni na soczystej zieleni lasu deszczowego.
                Natural Bridge to w tłumaczeniu na język polski Naturalny Most. Ten niezwykły twór geologiczny znajduje się w Parku Narodowym Springbrook jakieś 100 kilometrów od Brisbane. Most tworzył się przez miliony lat poprzez uderzającą w dach bazaltowej jaskini wodę. Jaskinia ta jest domem dla świecących robaczków (Arachnocampa). W zasadzie to larwy komaro-podobnych owadów, wytwarzające coś na wzór pajęczej sieci. Można je zobaczyć w kilku miejscach po zmroku, więc z pewnością za jakiś czas wybierzemy się na nocną wycieczkę.
                Natural Bridge to nie tylko jaskinia z wpadającym do niej wodospadem, ale również miejsca widokowe i bujny las deszczowy. Zjedliśmy sobie w tej scenerii piknik opędzając się od chcących nam ukraść jedzenie dzikich indyków. Dodatkowych atrakcji dostarczyła nam jakby specjalnie zawieszona nad strumieniem liana. Nie obyło się więc też od naturalnego huśtania. 
                Ale wszystkiego dowiecie się ze zdjęć.











                Napoiliśmy nasze oczy pięknem, a dzień był jeszcze młody. Mieliśmy do wyboru inne trasy w Parku Narodowym. Dzieciaki jednak popatrzyły na nas z nadzieją. Po drodze mijaliśmy park rozrywki Dreamworld, więc żeby wszystkim było dobrze, wskoczyliśmy tam na chwilkę. Po pięknie przyszła pora na adrenalinę!

środa, 25 lipca 2012

Dzieci w Australii


W Dreamworld

Oczywiście mam na myśli moje dzieci w Australii. O innych dzieciach będzie może innym razem, jako, że nie czuję się jeszcze wystarczająco kompetentna, aby pisać o australiskich młodych ludziach. Póki co, będzie o moich potworkach w Australii: Janku, Nathanie i Elenie.
                Jednym z głównych powodów dla których wyjechaliśmy do Australii było moje przeświadczenie, że w tym kraju łatwiejsze jest wychowanie dzieci. Męcząc się dosłownie zamknięta w domu z trójka dzieci, marzyłam o australijskiej pogodzie, która sprawi, że życie z dziećmi zamieni się w nieustające wakacje. Chciałam przypomnieć, że nie mieszkaliśmy wcześniej w Polsce. Dzieciaki moje urodziłam i wychowywałam przez sześć lat w Irlandii. A Irlandia to, cóż, piękny mały kraj z jedną podstawową wadą, rzutującą ogromnie na jakość życia: brak lata. Pełnią szczęścia było dwadzieścia stopni i słońce. Nie zdaża się to jednak często...
                Jak więc mają się moje marzenia o łatwiejszym wychowaniu dzieci, z rzeczywistościa? Po pięciu miesiącach w Australii, gdy na zewnatrz i wewnątrz domu króluje zima, z pełną szczerością przyznaję, że się nie myliłam! Życie dzieci tutaj wydaje się łatwiejsze i przyjemniejsze! Oto dowody:
                Brisbane cieszy się piękną pogodą przez cały rok. Potrafi być też chłodno, to znaczy dziewietnaście stopni, ale taki spadek temperatury oczywiście nie przeszkadza w spędzaniu większości naszego czasu na powietrzu. Mamy tu ogromną ilość wspaniałych placów zabaw, często z wodnymi atrakcjami. Dodatkowo piękne parki, w naszych okolicach z widokiem na ocean. Każdy weekend spędzamy poza domem, albo w górach, albo w lasach, parkach, na licznych festiwalach i imrezach, parkach rozrywki, zoo, odkrytych basenach i oczywiście jednych z najlepszych na świecie plażach, kąpiąc się w ciepłym oceanie. Nie kłamiąc, odkąd przyjechaliśmy do Australii, tylko jeden weekend musieliśmy spędzić cały w domu ze względu na pogodę. 
                
Plac zabaw z widokiem na ocean
                Dzięki pogodzie dzieciaki noszą mało ubrań, co cieszy również mnie. Z dreszczem przypominam sobie ubieranie całej trójki we wszystkie te szaliki, czapki, bluzy, rękawiczki, grube kurtki. Poranki zimą mogą być dosyć chłodne, wystarczy jednak założona na krótki rękawek bluza, albo sweter. I co za tym idzie, nasze poranki przed szkołą są dużo spokojniejsze, bez nerwów, że Nathan dopiero zakłada buty, gdy cała reszta stoi w drzwiach spocona pod kilkoma warstwami ubrań.

Na plazy
W basenie
                Nasze życie poza szkołą i poza pracą faktycznie przypomina to co w Europie nazywałam wakacjami. Kąpiele w oceanie, opalanie się przy basenie, pikniki na trawie, całe dnie spędzone w parkach tematycznych, te rzeczy znałam tylko z wakacji. Tutaj mamy to cały rok. A dzieciaki, dotlenione, z licznymi atrakcjami, faktycznie są łatwiejsze do opanowania. Nigdy od nich nie usłyszałam, że w Irlandii, albo Anglii było fajniej. Za to często pytają: „Gdzie dzisiaj jedziemy?”. A ja, mając niezliczoną ilość opcji, zawsze wiem co im odpowiedzieć. Nawet mąż mój, wcześniej marudzący, że po tygodniu w pracy chętnie spędziłby weekend w domu, przestał w Australii narzekać na moją skłonność zapychania wolnych dni atrakcjami. A ja też częściej sama proponuję zostanie w domu. Basen, słońce, możliwość jedzenia na powietrzu i jeszcze plac zabaw dla dzieci pod nosem. Jakże to wszystko inne i lepsze od naszej codzienności na wyspach.
Zoo

W lesie

                Szkoły też znacznie różnią się od tych europejskich. Klasy rozsiane są w osobnych budynkach na dużej przestrzeni. Uczniowie jedzą lunch na zewnątrz. W szkole moich chłopaków są cztery place zabaw, kilka boisk, na których dzieci spędzają przerwy. Dodatkowo jeszcze wychowanie fizyczne również odbywa się na powietrzu.
                Z maluszkami też jest łatwiej. Mamy tu liczne grupy mam, gdzie te najmniejsze dzieci też mogą pobawić się z rówieśnikami i nawet nauczyć się piosenek i rymowanek na wspaniale tu prowadzonych zajęciach w bibliotekach.
                Życie naszych dzieci w Australii jest łatwiejsze i weselsze, a co za tym idzie, dla nas piękniejsze i szczęśliwsze. Czego więcej chcieć od życia?

niedziela, 15 lipca 2012

Burleigh Heads


Całkiem bez powodu wyleciała mi z głowy nasza wycieczka do parku narodowego Burleigh Heads. Całkiem bez powodu, bo miejsce było piękne, a wycieczka miała zaskakujące zwroty. Wracam więc dopiero teraz do tego późno jesiennego dnia w Burleigh Heads.
                Burleigh Heads to południowa dzielnica Gold Coast, położona koło 80 kilometrów od Brisbane.  Park narodowy znajdujący się tu jest malutki, ale oferujący zapierające wdech widoki, jako, że położony jest przy lini brzegowej oceanu i przy ujściu rzeki Tallebudgera Creek. Dodatkowego dreszczyku dodaje duża szansa wypatrzenia migrujących w tych rejonach wielorybów. Niestety, nie byliśmy zaopatrzeni w lornetki (jedna z rzeczy, którą koniecznie musimy kupić), chociaż zobaczyliśmy na horyzoncie coś co mogło być wielorybem. Równie dobrze mogła to być jednak łódź... Ale ważniejsze od faktów są uczucia, a my byliśmy mocno podekscytowani!

Niespodziewana kąpiel

Plaża przy rzece

Widok na ocean

Kontemplacja

                Nad oceanem wznosi się wzgórze porośnięte pozostałościami lasu deszczowego, namorzynowego i w jednej części eukaliptusowego. Poza niezwykle urozmaiconą roślinnością, można nacieszyć oczy widokami na ocean i plażą przy wspomnianej rzece Tallebudgera Creek. Zanim jednak weszliśmy na teren parku, skierowaliśmy się na pobliską plażę. Wiadomo, koniec jesieni, prognoza pogody nie była dla nas łaskawa, ubrani więc byliśmy w długie spodnie. Słońce jednak grzało zaskakująco mocno, piasek był jaśniutki i drobny a ocean ciepły. Z tych powodów dzieciaki w samych majtkach wskoczyły do wody. Michał też długo się nie zastanawiał i w jeansach (aby nie siać zgorszenia) podążył za nimi. Ja rozważając za i przeciw (przeciw to obcy ludzie na plaży) postanowiłam jednak zostać na brzegu. Siedziałam w błogim słońcu, obserwując rodzinkę w kąpieli i surferów, wbijając sobie do głowy, że Australia to taki kraj, w którym niezależnie od pory roku i pogody, należy wozić w samochodzie ręczniki i kąpielówki.
                Potem oczywiście był piknik i w końcu cel naszej podróży, park narodowy Burleigh Heads. Niezwykle przyjemna, krótka trasa, przerwana w połowie kąpielą w rzece (ja znowu siedząc na plaży...), zbieraniem muszli oraz kontemplacją piękna i ogromu oceanu na jednym z wielkich kamieni w miejscu widokowym.

                Zbliżał się już wieczór, postanowiliśmy usiąść więc w położonym koło plaży placu zabaw, wypić kawę i zjeść resztę prowiantu. Dzieciaki oczywiście niestrudzenie ruszyły na eksplorację huśtawek i zjeżdżalni. Przy zachodzącym słońcu nad naszymi głowami zaczęły przelatywać znane nam z naszego domu ptaszki Rainbow Lorikeet, czyli tęczowo ubarwione papużki. Z każdą minutą było ich coraz więcej, aż w końcu przy ich skrzeku rozmowa stała się niemożliwa. Nie mówiąc o dużym prawdopodobieństwie dostania w głowę ptasią kupą. Szybciutko zgarnęliśmy nasze rzeczy i dzieciaki. Z uśmiechami na ustach i zerkając na zachodzące słońce doszliśmy do samochodu i kresu wycieczki.